Szukaj

Kategorie

Archiwa

Pracownice hurtowni podrabiały odzież z przemytu na markową.

Wrocławscy policjanci zlikwidowali we wtorek hurtownię z dużą ilością ubrań z przemytu. Zatrzymali pięć kobiet, które przyszywały do odzieży metki jednej z markowych firm

Wartość ubrań wstępnie oceniono na około miliona złotych. Odzież była sprowadzona do Polski nielegalnie z pominięciem cła. Policja wciąż szacuje wartość znalezionych rzeczy. – To świeża sprawa. Hurtownia była naprawdę duża. Nie znamy jeszcze wszystkich okoliczności – mówi Dariusz Boratyn z zespołu prasowego wrocławskiej policji.

Dżinsy Lee Cooper w areszcie. Spalić czy rozdać?

Podrabianą markową odzież o wartości blisko 900 tysięcy złotych ujawnili pomorscy celnicy. Do Gdyni towar przypłynął z Chin i zgodnie z deklaracją miał trafić do jednego z państw Europy Wschodniej.

W kontenerze, którego rewizja zakończyła się w środę, funkcjonariusze Granicznego Referatu Zwalczania Przestępczości Celnej w Gdyni znaleźli 456 kartonów zawierających ponad 6800 sztuk odzieży ze znakami „Lee Cooper”. Były to kurtki, płaszcze, swetry, spodnie i koszulki o łącznej wartości 879 460 zł. Odzież została zatrzymana, a informacja o tym fakcie trafiła do kancelarii prawnej reprezentującej właściciela praw do znaku towarowego. To druga co do wielkości taka sprawa w tym roku. W sumie od stycznia pomorscy celnicy ujawnili ponad 98 tysięcy sztuk podrabianych towarów o wartości ponad 463 milionów złotych.

Do gdyńskiej Izby Celnej w ciągu miesiąca zwraca się po kilka instytucji z prośbą o przekazanie darów. Celnicy muszą jednak odmawiać, mimo, że w ich magazynach zalega m.in. kilkanaście tysięcy spodni, dresów i kurtek oraz kilkanaście tysięcy par butów – podróbek takich firm jak Nike, Adidas i Versace.

Kolejne partie nielegalnego towaru są niszczone co kilku miesięcy – po rozdrobnieniu i wymieszaniu z substancją ropopochodną pali się wszystko w piecu pod kontrolą celników i policji. Za niszczenie izba płaci ze swojego budżetu, a wykonawca jest wybierany w przetargu. Zwykle zgłasza się kilka zainteresowanych przedsiębiorstw zajmujących się utylizacją, wybierany jest najtańszy. Niszczenie kosztuje sporo – za kilka tysięcy sztuk spodni trzeba będzie zapłacić kilka tysięcy złotych.

Rośnie liczba sklepów z tanią odzieżą

- Ludzie mają coraz mniej pieniędzy. Społeczeństwo jest biedne, więc takie sklepy są potrzebne – mówią zgodnie ci, którzy zdecydowali się w ostatnim czasie otworzyć w mieście sklepy z tanią odzieżą

Powstają przy głównych ulicach: Wojska Polskiego, Wyzwolenia, Krzywoustego. Nie są to typowe ciuchbudy kojarzące się ze zniszczoną odzieżą, nieprzyjemnym zapachem stęchlizny i rozrzuconym towarem.

Teraz to sklep jak każdy inny. Rzeczy wiszą na wieszakach, są posortowane, czyste. Osobno wieszak ze spodniami, spódnicami, kurtkami czy koszulami. Jest przymierzalnia. Zachęcają hasłami: „Najtańsza w mieście odzież z Holandii”, „Najlepsze angielskie marki” czy „Markowa odzież z USA”. Klientów nie brakuje.

Pani Barbara i pan Maciej (nie chcą podawać nazwiska, tak samo jak pozostali właściciele sklepów, z którymi rozmawiałam) w ciągu kilku miesięcy otworzyli w Szczecinie trzy takie placówki. Ostatnią, Yes, tydzień temu przy al. Wyzwolenia (na wysokości Szpitala Miejskiego). Przez kilka miesięcy była tam pizzeria. Mają rzeczy ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Sprzedawane są na sztuki.

- Mamy znajomego w Kanadzie – mówią. – Powiedział, że to świetny interes. Badania pokazały, że ok. 40 proc. Kanadyjczyków ubiera się w takich sklepach.

Za nimi pierwsza dostawa: osiem ton odzieży wiosenno-letniej. Teraz do Gdyni płynie drugi transport z kolekcją jesienno-zimową. Żeby sprzedać taką ilość, otworzyli trzy sklepy. Mają także magazyn, w którym odzież jest sortowana i czeka, aż trafi do sklepu.

- Czy to dobry interes? Na razie nie. Sporo nas kosztowało zainwestowanie w towar i wystrój sklepów. Ale nie jest to nasz jedyny biznes. Albo wypali, albo nie.

Sklep przy ul. Bohaterów Getta Warszawskiego chcą zamknąć, bo ruch jest słaby. Jednak na sprzedaż przy al. Wyzwolenia nie narzekają.

Pani Magda prowadzi Fajne Ciuchy przy ul. Krzywoustego od pół roku: – Na razie nie narzekam. Zapotrzebowanie na takie sklepyjest duże. Ale właśnie na takie, gdzie jest czysto i ładny wystrój, a nie gdzie towar jest zniszczony i brudny. Ludzie po prostu nie mają pieniędzy, by ubierać się w drogich firmach.

Właścicielka sklepu Awajuk przy ul. Piłsudzkiego w branży z tanią odzieżą jest od 10 lat. U niej część rzeczy sprzedawana jest na wagę, część na sztuki. Ma wiernych klientów.

- Kiedyś faktycznie można było na tym zarobić – mówi. – Teraz jest już gorzej. Konkurencja jest duża. Najwięcej sklepów powstało po wejściu Polski do Unii Europejskiej, kiedy otworzył się rynek skandynawski, a tamte rzeczy są najtańsze.

Ceny

Odzież na sztuki: Ceny zaczynają się od 5 zł (bluzki). Za spódnice zapłacimy 10-30 zł, spodnie 12-28 zł, kurtki 28-50 zł, bluzy polarowe 13-15 zł.

Odzież na wagę: W zależności od dnia tygodnia zmienia się cena za kilogram. Najwięcej zapłacimy w poniedziałek, w dniu dostawy – 40 zł. Z każdym kolejnym dniem cena spada o 5-10 zł. W sobotę, kiedy towar jest już przebrany, kilogram kosztuje 10 zł

Odzież robocza dla nauczyciela WF-u

167 zł i 50 gr – właśnie tyle dostają w Łodzi nauczyciele WF-u. Muszą za to kupić dres, buty, spodenki i koszulkę. – To niemożliwe – twierdzą.

Dodatek, który wypłacają nauczycielom szkoły, musi być wydany co do grosza, a nauczyciele muszą mieć na zakupy rachunki.

Nauczyciele zgodnie twierdzą, że teoretycznie mogą się za tę sumę ubrać, ale nie chcą. – W Tesco czy Geant kupię dres za 80 zł, trampki za 30 zł, a koszulkę i spodenki za pozostałe 57 zł – opowiada Marek, nauczyciel WF-u z łódzkiego liceum. – Ale dres i buty będą się nadawały do wyrzucenia po pół roku, a muszą mi wystarczyć na trzy lata. Poza tym jakby mnie dzieci zobaczyły w takim „stroju”, śmiałyby się ze mnie na lekcjach.

Sprawdziliśmy. Za markowe dresy i buty w sklepie GO SPORT trzeba zapłacić co najmniej 320 zł. Najtańszy dres kosztuje 109 zł, w miarę dobre i niedrogie buty – 149 zł. W sklepach Adidasa czy Nike za 160 zł można kupić spodenki i T-shirt.

Taniej jest na rynkach, gdzie królują podróbki, ale tam nikt nie da nauczycielowi paragonu.

- Najgorsze jest to, że nie mogę np. kupić butów za 200 zł i powiedzieć, że 30 zł dołożyłem z własnej kieszeni. Bo rachunek nie może być na więcej niż 167,5 zł! – opowiada Robert, nauczyciel WF-u z łódzkiego gimnazjum. – Jeśli pieniędzy nie wykorzystam, muszę je zwrócić.

Co robią więc nauczyciele? – Kupujemy za własne pieniądze porządny sprzęt, a za dotację coś dla siebie. Musimy tylko poprosić o lewy paragon i oddać go w szkole – tłumaczą. – Nie mamy innego wyjścia.

Czy suma dotacji przystaje do rzeczywistości? – pytamy w łódzkim wydziale edukacji UMŁ.

- To nie nasza sprawa – odpowiada Ewa Firaza z wydziału edukacji. – Takie sumy zaplanowali i wywalczyli ze związkami dyrektorzy szkół. – To do nich nauczyciele mogą kierować pretensje. Wywalczyć się jednak niewiele da, bo szkoły nie mają pieniędzy.

Spodnie Jeans Bojówki

Spodnie posiadają sześć kieszeni. Do rozmiaru 140 na całym obwodzie pasa maja gumę, od rozmiaru 146 zamek z przodu, gumę w pasie z tyłu